Kobieta Ery Wodnika

Kamila. Kobieta – Zmiana. Poznałam ją jako producentkę filmową, po latach dowiedziałam się, że rzuciła wszystko i przeprowadziła się do Dubaju, gdzie pracuje jako stewardessa, by po pewnym czasie usłyszeć, że jest w Polsce, uczy jogi twarzy i została coachem. Przeżyć kilka żyć… niemożliwe? A jednak! W dodatku w każdej z tych odsłon jest totalnie zanurzona, zaangażowana, jest całą sobą. Gdybyście widzieli co wyprawia na swoim Instagramie coach_ka Kama Polit… Energia tryska z ekranu. Może to przez te poranki, które są jej ukochaną porą dnia? A może taka się już urodziła? Radosna i energetyczna. Ta dziewczyna ma moc. A tak wygląda jej dzień… Leniuszki trochę się zawstydzą :)))

„Zawsze byłam rannym ptaszkiem, nigdy nie miałam problemów ze wstawaniem do szkoły. Tak jest do dzisiaj, wcześnie zaczynam dzień. Poranne chwile ze sobą dają mi czas na spokojne wejście w dzień i zadbanie o siebie i mój „mikro świat” zanim wyjdę do “dużego świata”.

Kamila Polit, kobieta, której drugie imię to Zmiana

Od wczesnych lat czuję połączenie ze wszystkim co jest, przede wszystkim z kosmosem i jego większą niż moja mądrością. Fazy księżyca, wpływ ciał niebieskich na życie na Ziemi – hobbistycznie zgłębiam te tematy, jestem Wodnikiem w Erze Wodnika więc wspieram samą siebie kosmiczną wiedzą i małymi rytuałami często dostosowanymi np. do faz Księżyca. Księżyc jest energią kobiecą i wiem, że jeśli tylko właściwie się z nią dostroimy, otrzymujemy wsparcie. Ciała niebieskie mają wpływ na życie na Ziemi, a ja mam wpływ na moje ciało. Stawiam siebie w centrum mojego świata tak jak Ziemia stoi w centrum w Układzie Słonecznym. Egocentryzm, wiem i przyznaję to. Bez zadbania o siebie nie będzie niczego, od troski o siebie wszystko się zaczyna i z tego punktu wszystko jest możliwe.

Z rytuałów poza-kosmetycznych uwielbiam okadzanie mieszkania i siebie świętym drzewem palo santo. Nie tylko pasuje mi jego zapach, ale ufam, że oczyszcza, chroni i równoważy energie.

Wstaję o 6:30 i co drugi dzień robię szybką sesję jogi twarzy. Metodę tę poznałam w czasie kiedy pracowałam jako stewardessa. Od 2014 roku ćwiczenia i masaże są moją konieczną i przyjemną rutyną. W cudowny sposób łączą dbanie o siebie od środka z efektami widocznymi na zewnątrz. W 2020 zrobiłam certyfikat trenerski i sama uczę metody Danielle Collins. W głębi duszy marzę, aby każda kobieta wiedziała jak ćwiczyć mięśnie twarzy, jak wspierać samą siebie i dawać sobie uważność – przez całe życie!

Poranki bez jogi twarzy dedykuję rozruchowi ciała. Naprzemiennie robię sesję jogi – raczej sama, bazując na własnym wieloletnim doświadczeniu – albo poddaję się charyzmie Amerykańskiego trenera Shauna T, autora absolutnie szalonych treningów Insanity oraz trwających 25 minut nieco łatwiejszych wersji – T25.

Potem prysznic, nie… najpierw szczotkowanie na sucho (UWIELBIAM! lepsze niż każdy peeling zwany też scrubem) i pod prysznic, na koniec obowiązkowo zimny strumień☺.

Od wielu lat każdy dzień zaczynam szklanką ciepłej wody w kilku wariantach – z sokiem z cytryny, sokiem z żurawiny lub bez dodatków. Nawadnianie od środka jest nie do przecenienia. Żadne kremy, ćwiczenia i masaże nie pomogą, jeśli nie zadbamy o skórę od środka a nawilżenie to pierwsza potrzeba.

Śpię raczej w chłodzie niż cieple. Ponoć Anna Jagiellonka promowała spanie w chłodnej komnacie dla zachowania witalności i urody!

Odkąd pamiętam pielęgnacja twarzy i ciała była dla mnie ważna. Być może to rodzinne, bo mój tata od lat używa tradycyjnego kremu NIVEA (tego w niebieskim blaszanym pudełeczku) i jak na 84-latka skórę ma bez zarzutu. Mama zawsze dbała o skórę, choć lubiła się opalać łącznie z twarzą, i do śmierci w wieku 80-lat wyglądała zjawiskowo. Do jej codziennej rutyny należało szczypanie, które pięknie podtrzymywało jędrność skóry. Robiła to daleko wcześniej zanim ja poznałam jogę twarzy i szczypanie jako jeden z jej elementów.

W okolicach 20-tki mocno eksplorowałam świat kosmetyków kolorowych. Eksperymentowałam z kolorowymi tuszami do rzęs, kredkami do oczu i szminkami do ust. Na co dzień prawie się nie maluję, a jeśli już mi się zdarzy, od razu po wejściu do domu zmywam makijaż, nakładam krem i pozwalam skórze oddychać. Uważam, że makijaż wykonany nawet najlepszymi kosmetykami kolorowymi, obciąża skórę i „odbiera” jej życie.

Kolorowej szminki używam często, dodaje mi błysku i pewności siebie, i w moim odczuciu zupełnie wystarcza. Marzy mi się własna linia szminek.

Twarz ćwiczę, masuję i ugniatam w punktach akupresurowych zgodnie z Danielle Collins Face Yoga Method. Szczególnie dbam o okolice oczu bo genetycznie – po Mamie, oraz charakterologicznie – dużo się śmieję, zauważam skutki intensywnej mimiki.

Po 40-tce natomiast zaczęłam zwracać większą uwagę na szyję i dłonie. Już babcie mówiły, że to właśnie szyja i dłonie zdradzają wiek kobiety. Sera, kremy, masaż w kierunku „do góry”, delikatne szczypanie serwuję szyi prawie codziennie. Dłonie peelinguję, bywa że nadmiar serum do twarzy wmasowuję w dłonie, latem pamiętam o filtrze także na dłonie, zimą chronię je tłustym kremem i rękawiczkami, a w domu serwuję im domowe spa – peeling, serum, krem, rękawiczki foliowe – 20 minut takiego zabiegu działa cuda. Warto!

Gdybym miała określić się „fetyszystką” wybranych część ciała, które także otaczam szczególną opieką i bywa, że u innych poddaję pewnej dyskretnej obserwacji – byłyby to zęby i stopy.

Odkąd w wieku 6-lat zostałam fanką George’a Michael’a oprócz twórczości muzycznej podziwiałam jego śnieżnobiałe zęby i piękny uśmiech. Był czas kiedy chciałam zostać stomatologiem. Zostałam za to marną klientką mojej najlepszej pod słońcem stomatolog, bo najczęściej nie mam nic do zrobienia, a moja codzienna troska o zdrowie zębów i dziąseł działa najlepiej. Tutaj też – mniej znaczy więcej. Systematyka i uważność – wszystko.

Stopy – tak jak twarz i ręce, peelinguję, kremuję – uwielbiam ciężkie tłuste kremy do stóp, zawsze przy wieczornym wmasowaniu kremu, zanim założę skarpetki frotte, uciskam i masuję stopy. Każdy palec, przestrzenie pomiędzy palcami, nasady, wnętrze i wierzch stopy, uciskam pięty a koliste ruchy wokół kostek na koniec pomagają poruszyć limfę i poczuć lekkość w stopach po całym dniu. Czasem też daje sobie chwilę na poleżenie z nogami do góry. Robiłam to po każdym locie, bez wyjątku – przyjemność i natychmiastowa ulga dla zmęczonych nóg.

Bardzo dbam o higienę czasu przed snem. Lubię wszelkie ziołowe herbaty – koper włoski i rumianek należą do ulubionych, a ostatnio także mieszanki z dodatkiem lawendy. Kubek ziołowej herbaty wieczorem to mój regularny towarzysz na koniec dnia.

Maksymalnie pół godziny przed snem, odkładam telefon, NIGDY, PRZENIGDY nie śpię z nim pod poduszką czy na łóżku, nie pracuję też  z komputerem w łóżku.

Przed snem porządnie wietrzę i uchylam na noc okno – przez cały rok.

Często coś czytam (raczej książkę niż gazetę) i myślę o tym, za co w danym dniu jestem wdzięczna.

Zdarza się, że pod wpływem mojego nowego kierunku zawodowego – life coaching, robię refleksję nad moimi przekonaniami. Sprawdzam, czy mnie wspierają czy ograniczają, jak urzeczywistniły się w moim życiu tego dnia lub w danym tygodniu. To mnie wycisza, uspokaja i cieszy, kiedy widzę postępy w pracy nad sobą. Kiedy wnioski są odwrotne, daję sobie szansę następnego dnia. W końcu jutro też jest dzień, jak mówiła Scarlett O’Hara.

Najdalej o 23-ej gaszę światło”.

Agnieszka
Agnieszka
Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *