Powiedziała mi o niej Kamila. Że niezwykła, że kobieca, że silna i chodząca swoimi ścieżkami. Olga Pietkiewicz jest guru relaksu i regeneracji. Prowadzi korporacyjne i osobiste programy well-being i redukcji stresu, uczy medytacji, dobrego spania i znaczącego śnienia, jest trenerką jogi. Pracuje z kobietami i mężczyznami prowadząc transformacyjne sesje rozwojowe oparte na podążaniu za energią kundalini, przebudzoną kobiecością i ucieleśnioną męskością. Do tego wszystkiego jest też poetką, autorką sztuk teatralnych, literackich reportaży i opowiadań, jej nagrania transformacyjnych sesji nidry dostępne są w serwisie Audioteka. Nam opowiedziała o swoich wewnętrznych i zewnętrznych rytuałach. Ona wie co dla ciała i duszy dobre…

„Najbardziej lubię rytuały dla moich przestrzeni… wewnętrznych. Budzić się wcześnie rano, bez budzika, bez tęsknoty za nocą. Ten cichy czas, w okolicach świtu, przed wejściem świata na pełne obroty. Jest w nim coś szczególnego. Być może to, że jest taki pusty, niesformatowany, pełen potencjału zanim zaczniemy go na swój sposób uginać, ugniatać, wypełniać.
I kiedyś to były rytuały bardzo jogowe, krije, asany, medytacje o określonym czasie i strukturze. Teraz, najczęściej, po prostu swobodne eksploracje tego, co jest. Bycie ze sobą, spotykanie siebie taką, jaka akurat jestem.
W okresach kiedy podróżuję, zawsze mam ze sobą opaskę na oczy, słuchawki na uszy i mogę zasnąć w każdym miejscu, o każdym czasie, w samolocie, w poczekalni, pośrodku niczego i w samym środku wielkomiejskiego zgiełku. Sen mnie niesamowicie regeneruje. Nie tylko w nocy, uwielbiam też drzemki mocy i nidrę.
Nidra, jogowy sen, w którym nie jest potrzebny żaden wysiłek, żadne działanie, nie ma żadnego szczególnego celu do osiągnięcia – jest w tej praktyce coś bardzo mojego.
Rozpływam się w niej, opróżniam, rozczłonkowuję, aby stawać się potem na nowo, składać na nowo, wymyślać za każdym razem trochę inaczej. Nasz świat bardzo chciałby, aby tworzenie działo się cały czas, abyśmy się non stop rozwijali, rośli, szli dalej i robili bez końca, ale Natura tak nie tworzy. Natura, Kosmos, planety, drzewa i oceany, one wszystkie rosną w cyklu rodzenia się, umierania i ponownych narodzin. Dla nas współcześnie to trudne. Trudne na tym konceptualnym, najbardziej kosmicznym poziomie, ale też tak zwyczajnie, w codziennym wymiarze. Lubimy gromadzić bardziej niż opróżniać. Przywiązujemy się do wspomnień o przeszłości bardziej niż do bycia teraz. Fantazjujemy o przyszłości tracąc z oczu to co tutaj. Nidra pomaga mi się zakotwiczać bardziej w tu i teraz.

Fascynuje mnie podążanie za energią kundalini. Medytacje w ciele, w których można się zapaść do samego środka ciemnej, cichej, nieograniczonej przestrzeni brzucha, łona. Posłuchać z tego miejsca szeptu całego Kosmosu, mądrości tego, co sensoryczne, cielesne, żywiołowe. Tak bardzo lubimy żyć w głowie, rozumieć świat poprzez głowę, procesować wszystko z tego poziomu. Tutaj są inne terytoria. Świat, który nie potrzebuje wielu słów, jest cichy, głęboki, nieograniczony. Niczym niezmierzona, ciemna otchłań. Ale ta ciemność nie jest pusta. To czysta tajemnica, brama do tego, co nowe.
Stąd praktyki z energią kundalini, z kobiecą esencją, medytacje ciała. Podążanie ścieżką zapomnianych kobiecych jakości. Czyli po prostu ciało, emocje, miękkość, otwartość, receptywność, dzikość, autentyczność, za którymi tak bardzo tęsknimy.
Od jakiegoś czasu podążam za tym wołaniem tęsknoty. Zapadam się, ześlizguję głębiej i głębiej w tę ciemną otchłań, puszczając, poddając się, słuchając. Zostawiając kolejne warstwy uwarunkowania, że życie polega na tym, aby coś r o b i ć, coś szczególnego o s i ą g n ą ć, gdzieś konkretnie d o j ś ć. Odkrywając głębię w czystym byciu, odkrywając swoją pełnię w ciszy i zatrzymaniu. Czując to, co czuję, bez potrzeby, aby to interpretować umysłem, procesować czy uwalniać.
Tęsknoty, aby świat znowu stał się dziki, autentyczny, aby nasze doświadczenie nie musiało wyglądać w jakiś określony sposób, aby słowa i koncepcje nie były jedynym środkiem wyrazu. Aby robienie i osiąganie nie były jedyną miarą sukcesu. Aby sukces zastąpić spełnieniem.
Tęsknoty za miejscem, w którym proste rzeczy ponownie sprawiają przyjemność. Miejscem, w którym bliskość nie oznacza, że dzielimy się swoimi tożsamościami, historiami czy opowieściami, tylko doświadczamy siebie w prawdziwym spotkaniu poza fantazjami czy iluzją. Poza potrzebą, aby kimś być, jakoś się sprzedać, czy wywrzeć jakieś konkretne wrażenie.
Oczywiście przestrzenie zewnętrzne też lubią być dopieszczone. Kocham kąpiele w soli magnezowej z odrobiną olejku lawendowego. I szczotkowanie ciała przed porannym prysznicem – moja skóra to uwielbia. Naprawdę polecam. Jeśli masz parę chwil przed poranną kąpielą, warto wyszczotkować całe ciało, oczywiście kierując ruchy zawsze do serca. Potem smaruję skórę naturalnym olejem. Bardzo lubię kokosowy, migdałowy i sezamowy. Sezamowy bardziej na zimę, bo rozgrzewa, kokosowy bardziej na lato, bo wychładza, migdałowy na każdą porę roku.

Do tego mam swój własny, ręcznie robiony olejek na mieszance olejków eterycznych na jędrność skóry. Wmasowuję parę kropel w uda i pośladki. W jego skład wchodzi olejek grejpfrutowy – jego zapach pozwala mi się obudzić nawet w najbardziej ponury dzień.
Jestem też wielką fanką stosowania naturalnych olejów i olejków eterycznych na włosy. Jeśli mam czas i o tym pamiętam :), smaruję włosy przed porannym myciem olejem monoi, idealnie jeszcze przed pójściem spać. Na twarz uwielbiam maseczkę na bazie białej glinki z paroma kroplami olejku różanego i witaminami E i A.
Moja skóra kocha również świeżo wyciskane soki, kąpiele w morzu, saunę i wygrzewanie się na słońcu, w każdej ilości.
I bycie sama na samą z lasem, rzeką lub oceanem. Jedna z moich nauczycielek mówi, że niczego więcej nam nie trzeba, żadnych guru, żadnych nauk, czy podążania za jakąkolwiek tradycją. Wystarczy czuć swoje stopy na ziemi, bicie serca, słuchać tego, co mówi nam brzuch. Niczego więcej nie potrzeba”.
