Jak wyglądać lepiej, ale nie inaczej?

Dr Kasia Szczepanowska, właścicielka kliniki Abelia. Matka czterech córek. To one ją napędzają. One, mąż i filmy! Zna całe kino artystyczne, filmy festiwalowe, miała wszystkie numery magazynu „FILM”, w którym pracowałam na początku swojej dziennikarskiej drogi. Wreszcie, Kasia zna i lubi jedyny film w jakim zagrałam, zupełnym przypadkiem, czyli „Siedem przystanków na drodze do raju”. Zagrałam to duże słowo, ale Kasi się podobało. Pamiętała dokładnie całą akcję i nawet zastanawiała się, na co zmarła moja bohaterka. Niesamowite zaskoczenie. Miłe.

Dr Katarzyna Szczepanowska

Kasia to totalna urodowa profesjonalistka. Chirurg ogólny i lekarz medycyny estetycznej. Od dziecka miała jeden cel: wycinać nowotwory. Obierając ziemniaki, wyobrażała sobie, że operuje chorych na raka – wydłubując każdą najmniejszą plamkę. Chirurgia była więc jej drogą. Z czasem zrobiła specjalizację z medycyny estetycznej. I to doskonałe połączenie, bo kiedy pytam o jedną zmarszczkę – słyszę opowieść o całej anatomii twarzy, kościach, powięziach, komórkach, naczyniach krwionośnych. I już wiem, że aby załatwić zmarszczkę X trzeba ją zaatakować z lewej strony, a zmarszczkę Y koniecznie z prawej i od góry 🙂 Fascynujące opowieści. Wysłuchałam także wielu innych historii, między innymi o rytuałach piękna pani doktor. Oto one:

„Początki miłości do pielęgnacji zaczęły się od problemów z trądzikiem podczas dorastania, ale oczywiście obserwowałam też mamę. Mama nie malowała się, ale miała ciekawy sposób dbania o skórę. Używała tylko tłustych kremów. W czasie wojny prawdopodobnie chorowała na atopowe zapalenie skóry, tak wynika z jej opisów. Dlatego zawsze miała suchą skórę. Odkąd pamiętam, używała kremu rumiankowego, który jeździłam kupować dla niej w salonie IZIS na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie. Efekt? Mama wciąż ma przepiękną cerę. Ma 78 lat, a skórę o 30 lat młodszą. Ma tak napiętą skórę, że nie da się jej uszczypnąć. Wzór, do którego mogę dążyć.

A ja? Uczyłam się sama, na własnej skórze. W okresie dorastania miałam wspominane wcześniej problemy z trądzikiem. Walczyłam z nim do 25 roku życia. Niestety na początku wiele było niewłaściwych eksperymentów, testowałam wszelkie specyfiki i sposoby – najpierw jedyny dostępny wówczas na rynku specyfik – Acnosan, później było Benzacne, kwas azelainowy, wystawiania się na słońce, wyciskanie – wszystko. Dopiero z czasem odkryłam nawilżanie i złuszczanie, i to był przełom. Do sukcesu przyłożyła się także seria Sebiaclear marki SVR i dopiero wtedy zmieniła się moją skóra.

Słynny tonik nawilżający A.Florence Skincare

Wiedzy szukałam też w książkach, ale raczej medycznych, już podczas studiów. Niestety polska dermatologia dopiero wchodziła w czas świetności. To były czasy, gdy na rynek dopiero wchodził Roaccutane czyli kwas retinowy, przełomowy, doustny lek na trądzik. To do dziś Święty Graal w leczeniu trądziku.

Piękna, wypielęgnowana i czysta cera była zawsze moim konikiem. Zawsze chciałam ten efekt osiągnąć – u siebie i u pacjentek. Dziś wiele kobiet ma problematyczną cerę. I niektóre nawet nie domyślają się, że mogłyby wyglądać lepiej. Czasem naprawdę nie trzeba dużo. Istnieje też wiele nierozpoznanych chorób, które kobiety przechodzą nieświadomie. Na przykład – wypadają im włosy i czasem łuszczy się skóra wokół nosa. Jest lekko zaczerwieniona. Co robią takie kobiety? Używają kryjących fluidów oraz gruboziarnistych peelingów. A wystarczyłaby właściwa diagnoza, by stwierdzić łojotokowe zapalenie skóry. Co wtedy robimy? Zmieniamy szampony, zmieniamy kremy, dodajemy laser, by pobudzić tworzenie kolagenu (skóra się pogrubia i wzmacnia) i w efekcie mamy piękną skórę. Lasery to jeden z najlepszych wynalazków medycyny estetycznej. Naprawdę fantastycznie zmieniają skórę, przebudowują ją, zmniejszają pory. A najlepsze jest to, że laser pobudza i angażuje własne siły organizmu.

Moja rutyna? Rano myję twarz mlecznym tonikiem z ceramidami firmy A.Florence Skincare, na niego nakładam serum z colostrum, czyli z siarą marki Biologique Recherche. Trochę specyficznie pachnie, ale daje dobre efekty. Jeśli odczuwam tego dnia suchość skóry, to dokładam jeszcze krem z witaminą C i na to krem z wyższym filtrem (na przykład IT Cosmetics, który ma filtr 50 SPF i leczy trądzik różowaty). Jeśli nie potrzebuję dodatkowego nawilżenia – od razu nakładam krem CC z lekkim kolorem. Lubię Cetaphil PRO Redness Control z filtrem 30 SPF. Filtry rano to konieczność. Czasem używam też podkładu Chanel Velvet, daje niezwykle aksamitny efekt skóry, ale on ma niski filtr 15 SPF, dlatego pod niego lepiej nałożyć krem z wyższym filtrem. Kremy z filtrem to podstawa pielęgnacji delikatnej skóry. U mnie, przy mieszanej skórze, nieźle sprawdza się Sensai Silky Bronze 30 SPF i Shiseido Environment SPF 50 lub fluid Anthelios La Roche Possey.

Uważam na naturalne oleje, ponieważ powodują one zaostrzenie wielu chorób skóry – przede wszystkim łojotokowego zapalenia i trądziku różowatego. Oleje lubią też gromadzić się w mieszkach włosowych i zatykać pory. Stosowane samodzielnie mogą mocno wysuszać cery suche. Pokazały to liczne badania nad łojotokowym zapaleniem skóry. Drożdżaki, które wtedy występują na naskórku uwielbiają oleje naturalne i się po prostu na nich mnożą. Nienawidzą za to kremów z parafiną oraz silikonami – czyli dwoma wyklętymi składnikami. Zatem oleje tylko dla zdrowych skór i zawsze w połączeniu z kwasem hialuronowym, najlepiej w postaci serum.

A skóry z problemami – przeciwnie. Zalecana jest parafina i silikony. Skąd taki sukces starego, dobrze nam znanego kremu Nivea. W jego składzie jest właśnie parafina oraz alkohol lanolinowy, oba te związki są wykorzystywane do podłoża maści aptecznych. Alkohol lanolinowy to naturalny produkt składający się z lipidów pozyskiwanych z wełny owiec, składa się on w 30% z cholesterolu, a więc ważnego składnika naszego płaszcza hydrolipidowego, pokrywającego skórę.

Makijaż robię delikatny. Ważny jest dla mnie dobry wygląd cery, który uzyskuję własciwą pielęgnacją i kremami CC, oraz podkreślenie oczu, ale nie używam bronzerów ani różu. Usta pielęgnuję wazeliną. Czyli minimum.

Wieczorem zmywam skórę dwuetapowo. Najpierw żel z dobrym pH – najlepsze są te do higieny intymnej, te bez siarczanów, na przykład Lactacyd, Isana z Rossmana, AA MED. Następnie nakładam mój ulubiony tonik z ceramidami. Rzadko używam toników z kwasami, ponieważ moja skóra reaguje na nie wypryskami, ale od czasu do czasu robię złuszczanie za pomocą lasera CO2, albo porządnym medycznym peelingiem retinowym. Wiem, że istnieją mity, że nie należy przeprowadzać zabiegów złuszczania latem. Oczywiście w tropiki nie pojechałabym po takim zabiegu, ale w Polsce, przy średnim zachmurzeniu i wysokim filtrze SPF – można.

Ciało myję wyłącznie kremem myjącym dla alergików. Nazywa się Medidermi kosztuje 8 zł w każdej aptece. To wyrób medyczny. Nie używam gąbek, nie robię zbyt często peelingów. Za to po kąpieli smaruję ciało kremem z lipidami (CeraVe, Lipikar, Mediderm). Nie używam kremów antycellulitowych i nie rozumiem walki z cellulitem. Tak zwany cellulit to po prostu nasza tkanka tłuszczowa. Tak właśnie wygląda. Widać to jak na dłoni w trakcie operacji, gdzie przecina się tkankę tłuszczową. Jej budowa to zraziki tłuszczu otoczone przegrodami łącznotkankowymi. Nie zmienimy budowy tkanki tłuszczowej, a przede wszystkim: po co mamy to robić? A że te zraziki tłuszczu widać u kobiet przez skórę? To kwestia mniejszej niż u mężczyzn masy mięśniowej i cieńszej skóry. Mężczyźni mają po prostu znacznie grubszą skórę, dlatego u nich rzadziej widać tkankę tłuszczową. Ale co z tego? Fakt, że my kobiety, chcemy zniszczyć swoją własną tkankę tłuszczową jest chory! Kobieta, żeby miesiączkowała, musi mieć w organizmie 30 proc. tłuszczu. Dlatego bardzo chude dziewczyny mają problem z zajściem w ciążę i jej utrzymaniem. Hormon odpowiedzialny za owulację – estrogen produkuje się w tłuszczu. Kobiety mają tłuszcz i to jest norma.

Szkoda mi młodego pokolenia, wychowanego na Instagramie, gdzie wmawia im się, że skoro mają cellulit to są brzydkie, nieodpowiednie, poza obowiązującą normą. Mam takie klientki. Nic im się w ich ciele i twarzy nie podoba. Zwykle twierdzą, że mają za duże nosy. Chcą podnosić powieki w kocie oko i robić sobie sztuczne dołeczki w policzkach. No i oczywiście marzą o ogromnych ustach. Czasem konsultacja lekarska zamienia się w godzinną rozmowę, kiedy próbuję uświadomić pacjentce, że jest piękna. Medycyna estetyczna powinna wydobywać z kobiet ich naturalny potencjał i pokazywać, że można mieć piękniejszą skórę i wolniej się starzeć. Można wyglądać lepiej, ale po co inaczej?

Agnieszka
Agnieszka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *