Zdystansowana

Tak jednym słowem można określić Kasię Zielińską, która jako jedna z niewielu aktorek umie śmiać się z samej siebie. Zauważyłam, że od wielu miesięcy, otwierając jej profil na instagramie, zawsze się uśmiecham, śmieję, a parę razy ryknęłam ze śmiechu. To kobieta, która zna życie i nie lukruje świata. To naprawdę fajne. A nam opowiada o swoich urodowych rytuałach, jak to ona, z dystansem! Szczególnie pozdrawiamy jej koleżankę Dorotkę, z którą Kasia zajadała się kremem Nivea… a zresztą… poczytajcie…

Pielęgnacji nauczyła mnie babcia Helena (od strony mamy), która słynęła w rodzinie z tego, że bardzo o siebie dbała. Szczególnie ukochała sobie zapachy i zawsze pięknie pachniała. Moja mama przejęła to po niej, uwielbiała kolekcjonować zarówno zapachy, jak i flakoniki. Przywoziła je sobie z każdej podróży, zbierała, testowała. Potem naturalnie to zamiłowanie przejęłam ja. Natomiast sztuka pielęgnacji pojawiła się w u mnie wraz z podróżami po świecie, szczególnie po Azji. Tam jest niezwykle ważny kult ducha, ale też i ciała, bo nasze ciało jest ważne i trzeba je pielęgnować. Podoba mi się, to, że w Azji ogromna wagę przykłada się to tego, co naturalne, prawdziwe. Stąd liczne olejki i balsamy do pielęgnacji- ciało się nawilża i odżywia. Dzięki azjatyckim podróżom i zażywaniu tamtejszej pielęgnacji, masażom lubię dbać o swoje ciało.

Oczywiście moim pierwszym kremem była… Nivea! Muszę się nawet przyznać, że jako czterolatka uwielbiałam go jeść. Towarzyszyła mi koleżanka z bloku, mieszkająca piętro niżej, Dorotka. Obie byłyśmy amatorkami tego kremu. Tak zaczęła się moja przyjaźń z tym kosmetykiem, która trwa do dziś. Mam nawet swój rytuał z nim związany – na noc nakładam grubą warstwę kremu Nivea na skórę pod oczami – działa rewelacyjnie, nie podrażnia, nawilża, relaksuje.

Na co dzień testuję różne rzeczy. Lubię formy naturalne, olejkowe. Lubię kosmetyki, które mają krótszą datę ważności, bo wiem, że pozbawione są tzw. polepszaczy. Wybieram też firmy, które angażują się w różne akcje społeczne na rzecz kobiet, czy środowiska naturalnego. Na przykład La Mer stworzył specjalny fundusz ochrony oceanów, a Amwi Cosmetics wspiera fundację Rak&Roll.

Pierwsze perfumy o których usłyszałam, to oczywiście słynne Być może – używała ich moja mama. Pamiętam związaną z nimi zabawną sytuację. Tata chciał kiedyś zrobić mamie niespodziankę i poszedł do sklepu, by je kupić. Niestety zapomniał jak się nazywają i spierał się z ekspedientką – on chciał kupić perfumy Przypuszczam, a ona twierdziła, że takich nie ma (śmiech). Pierwsze perfumy, które chciałam mieć, i które podbierałam mamie to był zapach marki Dolce&Gabbana. Nie pamiętam ich nazwy, pewnie nawet już ich nie produkują, ale miały taki subtelnie ogórkowy aromat.

Natomiast takie MOJE pierwsze perfumy to Channel Mademoiselle, które kupiłam sobie na studiach za pierwsze zarobione w teatrze pieniądze. Ledwo wiązałam koniec z końcem, ale musiałam kupić te perfumy. Byłam z tego strasznie dumna. Zresztą do dziś to moje ulubione perfumy i to się nie zmienia. Kojarzą mi się z czymś wyjątkowym. Poza tym lubię kompozycje, które w składzie mają drzewo sandałowe, werbenę i trawę cytrynową. Lubię też zapachy kadzidłowo – piżmowe.

Jako nastolatka mało się malowałam, więc w okresie dorastania nie miałam żądnych wpadek, ale kiedy już byłam aktorką zdarzało mi się przesadzić z makijażem. Cóż, nie da się ukryć, że byłam w szołbiznesie takim kolorowym ptakiem (śmiech). Zwłaszcza jeśli chodzi o malowanie powiek. W tamtych czasach cienie do powiek były moim ulubionym kosmetykiem. Malowanie oczu było dla mnie i mojej koleżanki z roku ulubioną techniką relaksacyjną przed egzaminem z pantomimy. Obie byłyśmy prawie na końcu listy – ona na literę „S’, a ja na literę „Z”, więc zanim do nas doszło byłyśmy całe w nerwach. No i żeby się odstresować malowałyśmy oczy paletą składającą się z 36 kolorów. Jak to dobrze, że nie robiło się wtedy zdjęć telefonem…. (śmiech).

Dziś jest inaczej – Jeśli makijaż to usta, bo oczy mam wyraziste. Na co dzień raczej się nie maluje, make up robię głównie w pracy. Na planie zdjęciowym, lub na sesji lubię swój inny, wyrazisty look.

Podkłady wybieram lekkie, nawilżające i nawet na scenie staram się stosować takie, które pozwalają skórze oddychać. Na przykład Sensei – mają bogata i jednocześnie lekką formułę.

Zdarza mi się zainspirować reklamą, wtedy oczywiście, z ciekawości czy choćby po to, żeby samej przetestować. Bardziej jednak ufam reklamie szeptanej – polecenie przyjaciółki, a także charakteryzatorów na planie czy w teatrze. Lubię pocztę pantoflową. Czas w garderobie teatralnej czy w charakteryzatorni na planie jest idealny na ploteczki makijażowo– urodowe. Mogę wtedy też wypróbować podkład, krem, czy tusz. Zawsze mam problem z dobrymi pudrami matującymi i do konturowania twarzy, więc chętnie podglądam, co mają inne dziewczyny.

Dbanie o urodę to przede wszystkim wysypianie się i nawadnianie – staram się spac i pić dużo wody. Od niedawna, ze względów zdrowotnych, bardzo ograniczyłam mięso, ale zauważyłam też, że służy to mojej skórze.

Wieczorem zawsze robię porządny demakijaż lub oczyszczanie i nakładam na skórę dobry krem nawilżający – nigdy o nim nie zapominam. Pod krem, na oczyszczoną skóre używam też serum – aktualnie różne testuję, głównie olejkowe. Raz w tygodniu robię sobie peeling enzymatyczny twarzy oraz cukrowy z różnymi dodatkami – kawowe albo kwiatowe – na ciało. Na ile to możliwe staram się tez regularnie chodzić do mojego ulubionego od lat CeCe Spa.

*Zdjęcia Kasi pochodzą z jej niesamowicie zabawnego profilu na Instagramie – KatarzynaZielińska, który Wam serdecznie polecamy.

bellateca
bellateca

Im więcej mam lat, tym temat urody jest ważniejszy. Wymaga pracy, uważności i dbałości. Tym chętniej o tym piszę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *