Wszystko o dotyku

Piękna historia o miłości, za którą się idzie. Najpierw była to miłość do mostów ale równolegle do ludzkiego ciała. Do mostów – ponieważ młodziutka Weronika Ławniczak wyjechała z rodzinnej Jeleniej Góry do Warszawy w poszukiwaniu… mostów. Skończyła technikum budowlane, obroniła magistra inżyniera budownictwa i chciała budować w stolicy mosty. Poświęciła temu dwadzieścia lat. Potem jednak coś zaczęło się w niej zmieniać, rosły inne potrzeby – zadbania o siebie i innych ludzi. I dwa lata temu postawiła wszystko na jedną kartę, zostawiając budowle inżynierskie dla drugiej pasji – holistycznego dbania o ludzkie ciało (i ducha).

Weronika Ławniczak

W 2019 roku otworzyła w Warszawie niezwykłe miejsce – Instytut Zdrowia i Urody Holispace. Jak podkreśla, zrobiła to z wewnętrznej potrzeby podzielenia się swoją misją. Holispace to nie tylko zabiegi, rytuały i diety, ale podróż w inną przestrzeń, gdzie można znaleźć ukojenie i troskę.

Zanim to się stało – zanurzyła się w głąb siebie. Zaczęła od masaży ajurwedyjskich, od zawsze interesował ją organizm człowieka i nurtowało pytanie – co tam się tak naprawdę dzieje. Medytowała, ćwiczyła jogę, gotowała zdrowe jedzenie, wspierała się ziołami (jakże by inaczej, skoro miało się babcię zielarkę). Wsparła dietą większość rodziny. Jednocześnie wciąż rozwijała się, czytała, kształciła. Skończyła kurs mindfulness. Ale szukała dalej i więcej. Zajmowała się także coachingiem, aż doszła do tu i teraz. W Holispace pracuje głównie nad wellbeing, robi ceremonie z misą tybetańską, prowadzi medytacje oraz Access Bars, który polega na dotykaniu określonych punktów na głowie i twarzy, a który niezwykle uwalnia emocje, a wszytko w jednym celu – uspokojenia a i obniżenia poziomu kortyzolu.

Od lat czyta badania naukowe, opiera też wiedzę na dorobku medycyny akademickiej. Łącząc oba systemy – medycyny naturalnej i zachodniej – stała się terapeutą medycyny zintegrowanej.

„Ciało i dotyk – od tego się zaczęło. A człowiek jest dla niej piękną materią – szczególnie wtedy, gdy zmaga się z różnymi sprawami w życiu i to czuć w jego ciele. Tym bardziej rośnie wtedy potrzeba pomocy”, dodaje Weronika. Jak żyje osoba, która tak głęboko zna, czuje i rozumie ludzki dotyk? Opowiedziała nam o swoich rytuałach zdrowia i urody.

Fot: Magicbowls/Pexels

„Budzę się rano i zaczynam od pytania: „Jak bardzo mogę być dziś szczęśliwa?”. Uśmiecham się i mocno przeciągam. To moja pierwsza joga, w łóżku. Patrzę za okno i bez względu na to czy pada, czy świeci słońce, cieszę się. Wszystko w naturze jest potrzebne.

Moim podstawowym rytuałem jest chwila uważności. Nauczyłam się tego dzięki kursom mindfulness. Do tego szklanka wody z cytryną i kilka ćwiczeń rozciągających (z powitaniem tybetańskim). Zabiera mi to zaledwie kilka minut. Mam też taki zeszyt, z którym zaczynam dzień i kończę. To mój Red Book. Wieczorem planuję kolejny dzień, a rano tylko czytam, co dziś mnie czeka.

Piję też aromatyczną kawę z przyprawami. Czasem śpiewam, tańczę, słucham mantr, przy okazji robiąc makijaż. Wtedy wysyłam też wiadomości z życzeniami, pytam bliskich jak się czują i co u nich słychać. Na ciało nie nakładam żadnych balsamów – od lat moją pielęgnacją jest bursztynowy puder. Ma w sobie kwas bursztynowy, który działa antybakteryjnie, obniża ciśnienie, uelastycznia skórę i stymuluje regenerację komórek. Najpierw dokładnie szczotkuję ciało (szczotkowanie pięknie jonizuje ciało) i potem pudruję ciało i twarz bursztynem. Pielęgnacja twarzy to delikatne mycie, tonizowanie, wklepanie kremu organicznego własnej roboty i pudrowanie bursztynem. Masuję skórę głowy i włosy. Często też mówię do siebie, na przykład: „Ale mam dzisiaj piękne włosy!!!” – myślę, że to zaklinanie sprawiło, że wciąż nie mam siwych włosów, a mam już 46 lat.

Bursztynowy puder

Lubię starorosyjskie szkoły odmładzania. Trafiłam kiedyś na świetną książkę Lumiry pt. Odmładzanie organizmu wg sekretów rosyjskich uzdrowicieli gdzie podkreślano wagę słów wypowiadanych do siebie. Nic nas to nie kosztuje – a możemy powiedzieć sobie „Mam piękne brązowe włosy i nie ma w nich miejsca na siwe” (śmiech).

Codziennie jem migdały, od lat. I owoce leśne. Dodaję je rano do owsianki – a tę zawsze namaczam na noc (wodą). Dlaczego? Ma się wytrącić kwas fitynowy, który zabiera z jelit wszystkie wartościowe pierwiastki. Po namoczeniu owsianki na noc – rano kwasu fitynowego nie będzie. Zdarza mi się jeść jajko sadzone lub na miękko, z dużą sałatką, z awokado. Nie jem pieczywa, a właściwie mąki pszennej, sporadycznie chrupki chleb. Robię sobie wyciskane soki z warzyw, ale nie z owoców. Te jem w całości, by nie marnować cennych pektyn. W ciągu dnia jadam zupy (budyniowe, albo polski rosół) i obiad – coś prostego: quinoa z warzywami i oliwą, albo ryba typu sandacz z batatem, polskie surówki typu tarta marchew a jabłkiem, gotowane buraczki z cebulą. Kolację jem lekką i małą, zwykle 2 godziny przed snem.

Weronika Ławniczak

Lubię kąpiele w soli (wsypuję jej naprawdę dużo) i aromatycznych olejkach. Robię też swoje mieszanki ziołowe, a u koleżanki kupuję pachnące pudry do kąpieli typu hand-madeNie używam balsamów do ciała – spożywam odpowiednią ilość zdrowych tłuszczy i moja skóra nie jest sucha. Piję wodę filtrowaną w domu, by nie kupować butelek.

Dbam o sen, kładę się spać zawsze przed 23.00.

Staram się nie żyć w pośpiechu, to mój luksus. Pracą się delektuję i kocham ją. Wiele się wciąż uczę, choć wiem, że jestem spełniona tu i teraz. Wreszcie stawiam na siebie, zajęło mi to trochę czasu, ale szczęśliwie to zrozumiałam.”

Fot. Monstera/Pexels
Agnieszka
Agnieszka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *