Regularność i dobre składy czyli urodowe tajemnice Uli Sikorskiej

Niezwykła kobieta, która ma moc. Ulę Sikorską poznałam wiele lat temu, podczas zabiegu depilacji. Stawiała wtedy swoje pierwsze kroki w zawodzie, ale od razu było czuć profesjonalizm. „Dziewczyna z klasą”, pomyślałam. Wyobraziłam sobie, że ona zajdzie daleko. Po kilku latach wchodzę do jej własnego salonu na warszawskiej Sadybie. W otoczeniu zabytkowej części Warszawy, przy eleganckiej, pokrytej oryginalnym brukiem ulicy Okrężnej, stworzyła małą krainę piękności o nazwie Aura Beauty. Jest przytulnie i miło. Sama Ula, mimo minionych lat, wygląda jeszcze młodziej niż kiedyś. Przeczytajcie, jak ona to robi…

„Zaczęło się od siostry. Kiedy byłam jeszcze w szkole podstawowej, moja starsza siostra pracowała w Avon. Strasznie mi się wtedy podobały te kolorowe katalogi z pachnącymi stronami i paczki z kosmetykami. Coraz bardziej wgłębiałam się w temat i totalnie weszłam w ten świat. Zaczęłam chodzić na szkolenia, dowiadywałam się o nawilżaniu, pielęgnacji skóry. Zarabiałam pierwsze nieduże pieniądze i w całości wydawałam je na kosmetyki. Na tyle mnie ten świat pochłonął, że szybko poczułam, że to moja droga. W liceum miałam już pewność, że muszę iść na kosmetologię i szukałam szkół z magisterium. Znalazłam prywatną, koszmarnie drogą kosmetologiczną szkołę wyższą. Ponieważ mojej mamy nie było stać na tę szkołę, wyjechałam na całe wakacje do pracy jako niania, by zarobić na wymarzone studia. I to było najlepsze, co mogłam zrobić.

Miałam podczas studiów kilka odkryć dotyczących pielęgnacji. Nie zapomnę słów rektora na temat skóry. Porównał ją do dachówki. Ale między nią jest przecież zaprawa. Gdy jesteśmy młodzi zaprawa jest sztywna. Z wiekiem – rusztowanie się wykrusza i sypie. Uruchamiają się różne niechciane procesy, stany zapalne, suchość, podrażnienia. Gdy pojęłam fizjologię i budowę skóry uruchomiło to moją wyobraźnię. Zaczęłam rozumieć, co można zrobić, by tę skórę ochronić, poprawić, uelastycznić. Od środka i od zewnątrz.

Tak, od wewnątrz też. Wierzę w powiedzenie: „jesteś tym, co jesz”. Widzę efekty zmiany diety i nawadniania u mnie w gabinecie. Zresztą od szklanki ciepłej wody ja sama zawsze zaczynam dzień. Czasem z odrobiną soku z aloesu, czasem z cytryną. Potem dopiero wchodzę pod prysznic. Tam czekają oddzielne produkty do twarzy, oddzielne do ciała. Od lat jestem wielką fanką oczyszczającej pianki do twarzy marki CHRISSIE COSMETICS, która zawiera 90,5% naturalnych składników na bazie wody magnetyzowanej. Oczyszcza z makijażu (także wodoodpornego) działa delikatnie złuszczająco i przeciwzapalnie. Zawarte w niej probiotyki działają na skórę jak plasterek. Czasem nawet zostawiam ją na chwilę, by dać jej czas na działanie i dopiero później spłukuję. Ciało uwielbiam dogłębnie oczyszczać, szczotkować i nawilżać już na etapie prysznica. Twarz oczyszczam używając peelingu enzymatycznego Sunew Med z witaminą C. Idealnie rozpuszcza zrogowaciały naskórek.

Szczotkowanie i peeling to podstawa. W mojej łazience jest i złuszczająca rękawica Lycon, i szczotka z agawy do szorowania w wodzie (mam oddzielną do szczotkowania na sucho) i rozmaite peelingi. Do mycia ciała mam olejki, które jednocześnie myją i nawilżają. Moim ulubionym jest AROMATHERAPY ASSOCIATES DE-STRESS z kadzidłowcem. Aromaterapia sprawia, że zwykła kąpiel zamienia się w rytuał. Ostatnio eksperymentalnie kupiłam oliwkę Bambino dla dzieci o zapachu brzoskwini. Pięknie nawilża i jest bezpieczna dla skóry (dla dzieci). Też polecam.

Zawsze po prysznicu pamiętam o tonizacji i nawilżaniu. Ważne też, by pamiętać, że twarz nie kończy się na żuchwie. Często słyszę w gabinecie, że klientki zapominają o szyi, dekolcie i piersiach oraz uszach. Dla mnie pielęgnacja twarzy obejmuje te wszystkie przestrzenie. I zaczynam od tonizacji. Po tonizacji na dekolt i biust zwykle nakładam jakieś wybrane serum – wybieram te skoncentrowane, ale lekkie i szybko się wchłaniające, by przy nakładaniu bielizny już ich nie było czuć, tu polecam GLOW BOOSTER od RETIX.C (witaminy, retinoid i kw. hialuronowy czyli idealny booster dla skóry). Latem obowiązkowo nakładam na serum krem z filtrem SPF 50. Naprawdę najlepszym kremem przeciwzmarszczkowym jest krem z SPF. To też żelazna zasada anti-ageing.

Podobnie chronię twarz wiosną, latem aż do jesieni nakładam swój ulubiony krem z filtrem, który jest jednocześnie przeciwzmarszczkowy – włoskiej marki Vagheggi, z linii SUN. Krem jednocześnie chroni rafy koralowe i ekosystemy wodne, co warto docenić w dobie zmian klimatycznych. Wieczorem, po takim słonecznym dniu, nakładam krem after sun (też Vagheggi,), który ma ukoić i nawilżyć skórę po ekspozycji słonecznej.

Dodatkowo na codzień stosuję serum- też z Vagheggi, to kropelki antysmogowe. Powinna je mieć każda kobieta mieszkająca w mieście. Chroni przed stresem antyoksydacyjnym i wolnymi rodnikami (smog i zanieczyszczenia w powietrzu). Działa jak tarcza dla skóry. Ma też filtr SPF 50. I wystarczy kilka kropli. Nakładam go na krem (nie jak zwykłe serum, które zwykłe stosujemy pod kremy). Co więcej, można je nałożyć nawet na makijaż. Wystarczy lekko wklepać. To idealny produkt na zabiegane dni w mieście, kiedy nagle przypominamy sobie, że zapomniałyśmy o ochronie skóry, albo minęło wiele godzin od nałożenia. Wystarczy moment, a już mamy nasza tarczę ochronną. Raz w miesiącu robię zabieg laminacji rzęs i brwi. Dzięki temu są wyraźne, podkręcone i wystarczy odrobina tuszu, a wyglądają świetnie. Zresztą, dobrze wyglądają nawet bez mascary. Robię ten zabieg u siebie w gabinecie, podobnie jak depilację woskiem Lycon. To też moja rutyna.

Lubię perfumy, ale moja miłość do nich zmienia się z wiekiem. Zaczęło się od kwiatowych aromatów z Avon oczywiście, często w wersji mgiełek zapachowych. Przy moim domu rósł rozłożysty jaśmin. To zapach, którego zawsze szukałam we flakonikach. Ale teraz coraz częściej wybieram nuty cięższe, sandałowe i cedrowe. Moim odkryciem był wyjazd do Dubaju. To miasto przesiąknięte jest mocnymi perfumami. Przywiozłam z Emiratów kilka wspaniałych zapachów od firmy MASAYA PERFUM (przywiozłam trzy flakony!). Lubię też klasyczny „Opium” YSL. Nie używam ich do pracy, bo przy bliskim kontakcie z klientem te zapachy byłyby zbyt inwazyjne, ale na wieczór – uwielbiam!

I jeszcze kolor. Maluję się delikatnie. Zależnie od sezonu i stopnia mojego muśnięcia słońcem mieszam kolory podkładów rozświetlających Vagheggi. Są one oddychające, wyrównują koloryt skóry, ukrywają niedoskonałości, a ich konsystencja jest lekka i delikatna. Nie ważą się na powierzchni nawet w upały. I poza podkładem używam praktycznie tylko dwóch produktów – rozświetlacza BLUSHING HEARTS i różu (Vagheggi,). Wystarczy odrobina różu na kości policzkowe a twarz wygląda na wypoczętą i pełną energii. Ukrywa zmęczenie i gorszy nastrój. Rozświetlacz nakładam przy skroniach, przy linii włosów, na czubku nosa, w łuku kupidyna, na łopatkach, pod łukami brwiowymi. Te wszystkie triki podejrzałam w social mediach i to faktycznie działa. Optycznie zmienia wyraz twarzy. Przez czas pandemii i noszenie maseczek odeszłam od szminek. Kiedyś miałam ich dziesiątki. Kochałam fuksję i czerwień. Teraz powoli wracam do pomadek.

Lubię kolorowy pedikiur. Mam miękkie paznokcie, dlatego najpierw robię żel, a na to dopiero hybrydę. Ale to tylko na stopach. W pracy kosmetologa lepiej czuję się, gdy na dłoniach mam delikatny kolor, najlepiej odżywkę i krótkie paznokcie. Wspominam dziś słowa mojej wykładowczyni z uczelni, pani Marii, która mówiła: „kosmetolog pracuje dłońmi, paznokcie powinny być subtelne, krótkie, jedynie z odżywką, najwyżej z manikiurem french”. Miała rację, choć wtedy lubiłam myśleć, że długie, kolorowe paznokcie są świetne.

Wszystko testuję na sobie, a także na mamie. Jej dojrzała skóra wymaga nieco innej pielęgnacji, bogatszej. Podsuwam jej kolagen w formie serum marki Chrissie Cosmetics. Jest to produkt tłusty, więc nie wymaga użycia kremu. Do takiego serum proponuję mamie delikatny krem. Czasem serum kolagenowe mama stosuje zamiennie z produktem francuskiej marki Alphascience TANIC SERUM-to bomba antyoksydanów, nie tylko wygładza zmarszczki ale również zapobiega powstawaniu przebarwień. Jest w olejku, ale wystarczy użyć kilka kropli, by mieć efekt nawilżenia i odżywienia skóry. W składzie tego serum jest mnóstwo wit C, kw ferulowy, taninowy oraz wyciąg z miłorzębu. Ideał dla dojrzałej skóry.

I jeszcze jedno – ważnymi filarami pielęgnacji są: dieta, sen i woda. Bez nich nie pomogą nam najlepsze kremy. Jesienią zaczęłam spotkania z dietetykiem i okazało się, że zwiększenie białka w diecie, zmniejszenie węglowodanów (tylko raz dziennie porcja razowego pieczywa lub ciemnej mąki), nawodnienie (niegazowana woda 2-2,5l dziennie) sprawiło, że minęły mi migreny, straciłam kilka kilogramów i zniknęły problemy jelitowe. Oczywiście musiałam uregulować godziny posiłków. Wprowadziłam też do diety płynny kolagen pochodzenia morskiego, z witaminami, biotyną i chlorellą. Znalazłam go w firmie Isagenix. Pochodzi z norweskich ryb. Stosuję też liofilizowane, sproszkowane zielone warzywa, czyli te najzdrowszy dla wątroby (działają detoksykujaco). Dorzucam je do koktajli proteinowych, które piję raz dziennie – jest to pełnowartościowy posiłek bogaty w białko witaminy i minerały-idealny na śniadanie oraz w pracy gdy nie mamy czasu na przerwę. Są pyszne, a ich zrobienie zajmuje chwilę. Kupuję je w Herbalife-mój ulubiony smak to śmietanka i banan.

I jeszcze coś, po Covidzie i przeziębieniach, miałam mocno zmęczoną i poszarzałą twarz. Na nogi postawił mnie krem pod oczy z linii Lime od Vagheggi, z witaminą C, który jest też maską. Wystarczy nałożyć go więcej i zostawić do wchłonięcia. Efekt to niwelowanie worków i zmęczenia pod oczami a zmarszczki mimiczne są widocznie wygładzone. Można go stosować też latem. Lubię też sleeping mask z linii Intense z Vagheggi, jest to maska niwelująca zmęczenie-idealna dla osób zabieganych które nie mają czasu na maseczki. Nakładamy ją na twarz, szyję i dekolt (ja nakładam tez na piersi) zostawiamy na noc i rano zmywamy. Ma jedwabiste wykończenie, nie klei się, jest bardzo przyjemna. A rano budzimy się… piękne i wypoczęte. To ideał na zmęczenie (a także na efekty całonocnej imprezy czy przepracowania). Pomaga również rano wystarczy nałożyć na 5 min. przed makijażem.

Nie chcę robić botoksu. On może migrować. Paraliż przyczepu mięśnia w jednym miejscu może spowodować lawinę konsekwencji – jak domino. Stawiam na naturalne metody. Regularnie wykonuję facemodeling (pierwsza seria to 4 zabiegi co dwa tygodnie, a później raz w miesiącu). Obejmuje on całą obręcz barkową, plecy, kark, głowę oraz piersi. Powstałe w tych miejscach napięcia są rozmasowane i rozluźnione. Bez tego nie pomożemy twarzy. Bo to wszystko jest połączone. W efekcie twarz jest wypoczęta, kości policzkowe wyraźnie podkreślone, oczy „otwarte”, szyja robi się łabędzia a nasza postawa (wyraźnie to widać po ramionach) ulega wyprostowaniu. Jeśli mamy obrzęki i zastoje przy piersiach – to też wymaga dogłębnego masażu. Uzyskujemy efekt otwartej klatki- mięsień piersiowy często jest przykurczony od złej postawy czy pracy przy komputerze. Przy facemodelingu wykonuje się masaż nosa, uszu, głowy, grdyki, czasem masujemy język. Dla osób cierpiących na szczękościsk (bruksizm) rozwiązaniem jest masaż transbukalny (od wewnętrznej strony ust). Efektem jest rozluźnienie, i zniwelowanie uścisku w stawie żuchwowym. Po masażu persi idą do przodu, szyja się wydłuża a skóra jest dotleniona i odżywiona. Gdybyśmy miały wykonany botoks to tkanki już nie będą się tak poddawać ruchom terapeuty, nie będzie tak doskonałych efektów pracy. Co ważne zabieg facemodelingu wykonuje w naszym gabinecie fizjoterapeutka.

Wierzę w naturalne sposoby na odmładzanie. Drugim przykładem świetnej terapii anti-ageing jest japoński lifting 3D. Tu masuje się dwie partie (pośladki i nogi oraz biust i brzuch). Każdy masaż zaczynamy drenującym masażem pleców i ramion a następnie masujemy wybraną przez nas partię ciała. Pacjentki po zabiegach często mówią o tym, że straciły w obwodach kilka centymetrów, a pierścionki spadają z palców. Drenaż jest tak silny, że często trzeba już w trakcie zabiegu udać się do toalety. Ja, dzięki temu zabiegowi, wreszcie pozbyłam się tzw bryczesów z nóg, a walczyłam z nimi latami. Zawsze w tych miejscach miałam obrzęki. Masowałam się wcześniej bańką chińską, ćwiczyłam w siłowni. I nic. A teraz wreszcie coś pomogło. Inaczej wyglądają moje nogi i kolana. Podobają mi się. Choć, przyznaję, na początku przepychanie tej limfy było nieprzyjemne. Jednak z każdym kolejnym zabiegiem było coraz lżej, a efekt był świetny. To doskonały masaż dla biust i brzuch. Wyraźnie wyszczuplamy talię, podnosimy biust i uruchamia perystaltykę jelit. Efekty już po pierwszym masażu! Zabieg można wykonać w moim gabinecie Aura Beauty Urszula Sikorska , zapraszam do testowania!

I jeszcze coś dla kobiet, które nie mają czasu. Czyli dla większości z nas. Ultrafirm z marki Alphascience. Na twarz, szyję i dekolt. Rozjaśni twarz i pięknie zadba o wiotką szyję. Jest to krem stworzony dla zabieganych, wyraźnie zagęszcza skórę szyi, niweluje tzw „pierścienie kleopatry a dodatkowo możemy go użyć na twarz szyję i dekolt. Jeden z moich ulubieńców!”

Kiedy patrzę na Ulę, chciałabym natychmiast zacząć używać dokładnie tego, co ona:) I jeszcze pamiętać o tej regularności. Trzymam za siebie kciuki!

bellateca
bellateca

Im więcej mam lat, tym temat urody jest ważniejszy. Wymaga pracy, uważności i dbałości. Tym chętniej o tym piszę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *