Nigdy nie jest bardziej potrzebne, niż teraz. Słońce. Wystarczy tygodniowe pogorszenie pogody a już czujemy jego brak. Opalenizna z lata wyblakła, zdrowy odcień skóry zanika… Jak nic trzeba sobie pomóc sztucznym słońcem. Ale nie zatrzaskujemy się w niezdrowym solarium, tylko szukamy rozwiązań upiększających, a jednocześnie pielęgnujących skórę. Przetestowałam ich kilka…

Na początek wrzucam swoje zdjęcie – taki zwykle jest efekt brązujących kremów czy opalania natryskowego. To zdrowa, lekko muśnięta „słońcem” skóra. Patrzysz w lustro i Twój mózg myśli: jestem wypoczęta. I od razu lepiej się czuję:). To tak działa. Zacznę od bardzo przyjemnego kosmetyku marki Natura Bisse. Kropelki opalające z witaminą C jednocześnie poprawiają kolor skóry, dodają blasku i pielęgnują. Jest kilka powodów, dla których warto poznać kosmetyki Natura Bisse. Po pierwsze to rodzinna katalońska firma, założona w 1979 roku w Barcelonie. Totalnie nastawiona na poszukiwanie mocy w naturze, a jednocześnie stale rozwijająca się i wspierająca tę moc najnowszymi technologiami. Zaczęło się od tego, że założyciel firmy Ricardo Fisas zauważył, że pracownicy fabryki, którzy pracują w kontakcie z aminokwasami mają cudownie delikatną skórę dłoni. Poszukiwał dalej, inwestował w laboratoria, a ostatecznie w oparciu o swoje odkrycia stworzył Natura Bisse. Od lat marka obsypywana jest nagrodami, uwielbiana przez klientki i doceniana przez kosmetologów.

Kropelki brązujące Natura Bisse nadają skórze promienności. Nawilżają i nadają efekt „muśnięcia słońcem”. Nakładałam je wieczorem a potem ponownie rano. I tak przez kilka dni. Aby uzyskać równomierny efekt warto delikatnie wmasować produkt w skórę. Chciałam mieć delikatny efekt, więc używałam 5 kropelek, ale dla efektu mocniejszej opalenizny producent poleca 8. Dodatkowo – przyjemność stosowania zapewnia cudowny, cytrusowy zapach. Do kupienia w perfumerii Quality Missala.
Kolejny produkt, który lubię a który poprawia mi nastrój to Tan-Luxe Super Glow samoopalające serum. Wielofunkcyjne serum, które lekko opala i jednocześnie pielęgnuje skórę. Brązujące składniki aktywne, olej rzepakowy z Francji, 7 bogatych w antyoksydanty składników, na przykład nasiona kakaowca i do tego kwas hialurynowy. Nawilża, odżywia i delikatnie opala. Formuła jest lekka, wtapia się w skórę, a jednocześnie ją zmiękcza. Sprawdził się jako baza pod makijaż. Odkryłam go w perfumerii Sephora.

Z kolei moja kochana marka Mokosh przygotowała bosko pachnący balsam brązujący do ciała… I to jest bajka na jesienne wieczory. Soczysty zapach kusi i zachęca, by stosować go codziennie. Choć dla podtrzymania efektu słońca po lecie wystarczy 2-3 razy w tygodniu. Trudno jednak się opanować. Balsam wyrównuje koloryt opalonej skóry, odżywia (ekstrakt z kakao oraz z korzenia marchwi), nadaje odcień opalonej skóry (roślinne DHA wraz z erytrulozą) i uelastycznia skórę (bogactwo olejów: z marakui, macadamia, jojoba, słonecznikowego, kokosowego, oraz z kiełków pszenicy). W składzie jest też skwalan i ceramidy, które wspomagają odbudowę bariery lipidowej oraz trehaloza i sorbitol wraz z propanediolem i ekstraktem z buraka zwyczajnego, które wiążą wodę w zewnętrznych warstwach naskórka. Bisabolol oraz ekstrakt z kakao odżywiają i koją skórę, pozostawiając ją przyjemną w dotyku. Przy takich balsamach zawsze pamiętamy oczywiście o peelingu. Po wmasowaniu balsamu czekamy aż się wchłonie i potem dokładnie myjemy ręce.

Świetną piankę do opalania wykreowała australijska firma LYCON. Jak wiadomo, w Australii nie wypada być bladym, ale już nikt nie popiera wylegiwania się na słońcu. Twórczyni marki Lydia Jordane doskonale o tym wie i stworzyła produkt, który nie dość, że pozwala stopniować zamierzony efekt opalenizny, jak i idealnie go rozłożyć. W tym ostatnim szczególnie pomaga specjalna rękawica do aplikacji produktu. Produkt ma w składzie roślinną bio-melaninę, kojący aloes, witaminę E, erytrulozę i naturalne pigmenty, które dają efekt muśnięcia słońcem i pięknej opalenizny. Efekt rozwija się na skórze już po godzinie od aplikacji. Jeśli chcemy efekt mocniejszej opalenizny, zostawiamy go na 4 godziny. Pianka dodatkowo nawilża i odżywia skórę a jednocześnie daje efekt naturalnej, pięknej, typowo australijskiej opalenizny.

A kto nie lubi sam zajmować się zdrowym „opalaniem” swojego ciała kosmetykami, ten zawsze może się – właśnie w salonach Lycon – zapisać na zabieg opalania natryskowego. Przed opalaniem zawsze robimy peeling, a po zabiegu nie myjemy skóry przez 4 godziny. U mnie efekt muśnięcia słońcem utrzymuje się nawet dwa tygodnie.
