Poznałyśmy się… wiele lat temu. Był rok 1997, a Ola właśnie kończyła zdjęcia do filmu „Demony wojny według Goi” w reżyserii Władysława Pasikowskiego. Zagrała tam francuską dziennikarkę. Mówiła płynnie, wyglądała świetnie. Potem był „Reich”, „Krugerandy”, „Czułość i kłamstwa”, „Zostać Miss”, „Camera Cafe”, poruszający film „Przebacz”, „Klub szalonych dziewic” i inne produkcje. W między czasie Ola nagrała płytę „Dzień dobry dniu”, założyła własny teatr O! La! La!, z którym jeździ po Polsce i ma jeszcze czas na rodzinę, przyjaciół, jogę i sport. Nam opowiedziała o swoich codziennych rytuałach, dzięki którym jest piękna, ale jednocześnie bardzo naturalna.

„Mama i siostra – to one wprowadzały mnie w świat pielęgnacji. U mamy podglądałam pierwsze kosmetyki do makijażu – kiedyś znalazłam fluid i wysmarowałam się nim tak, że nie mogłam się domyć. A siostra tłumaczyła mi, że dobry makijaż to taki, którego nie widać, a nie tona pudru i ostry kolor. Mama była bardzo zadbaną kobietą i zawsze pilnowała idąc do pracy delikatnego make upu, jednak zawsze był on dyskretny. Mam to po niej. Nie znoszę sztucznych rzęs, powiększonych ust i przerysowanych stylizacji. To świetne do kabaretu, ale nie na co dzień.
Im jestem starsza tym mam większy dystans do urody, a bardziej skupiam się na zdrowiu i dobrym samopoczuciu, bo piękno wypływa z naszego wnętrza przede wszystkim, naszej radości i spokoju. Jeśli mamy wokół siebie bałagan, ale nie tylko ten domowy, ale i również i ten w swojej duszy i swojej głowie, to niestety odzwierciedla się on w naszym wyglądzie. Nasze ciało wyraźnie komunikuje nam swój dyskomfort, ból w niektórych jego partach kiedy jesteśmy w relacjach, które nam nie służą lub wykonujemy pracę, której nie znosimy. Kiedy zgiełk zewnętrznego świata, przeboćcowuje nas złą energią, polityką i negatywnymi newsami, tak, że żyjemy w chronicznym stresie i niezadowoleniu. Wtedy nie jesteśmy zdrowi, a nasza uroda gaśnie, choć byśmy tonę rzęs sobie podoczepiały. Brak energii wewnętrznej wyjdzie na zewnątrz, choć byśmy mieli nawet najdoskonalszy make up. Widać to szczególnie na zdjęciach. Coś wiem o tym, sama to u siebie obserwowałam, dlatego wiem co mówię.

Najważniejsze to starać się uporządkować swój świat wokół, by mieć dobry czas dla siebie , na wytchnienie, relaks, cieszenie się życiem, spojrzenie w swoją duszę i na to co ją uszczęśliwia. Wiele z mojej pielęgnacji właśnie temu służy. Poranek to szklanka wody magnezowo-wapniowej z cytryną, albo solą himalajską. Chodzi o to, aby był to płyn, który nas nawodni, a nie sama woda, która przez nas przeleci. Jeżeli przeprowadzam post, a robię to regularnie, to woda z cytryną odpada, zostaje wówczas ta z solą.
Rano piję też zieloną herbatę, albo matchę i ćwiczę jogę. Mam taki półgodzinny rytuał jogi. Czasem jest to joga energiczna i siłowa, a innym razem, keidy czuję spięcie mięśni, rozciąganie. Słucham swojego organizmu. Staram się poćwiczyć lub porozciągać się każdego dnia, albo pójść na spacer lub pojeździć na rowerze. To jest moje must be, chodzi o to, by zrobić coś dla swojego ciała na świeżym powietrzu, bo jednocześnie robi tym coś dla duszy. Ćwiczę na tarasie. W chłodne dni wychodzę ciepło ubrana na spacery. Takie poranki dotleniają i energetyzują.

Nie jem węglowodanów od bardzo dawna, jestem w stylu życia LOW- CARB, niektórzy nazywają to keto (na przykład Kleo- moja bohaterka w sztuce, którą napisałam, pt. „Przychodzi Baba do Lekarza”, granej w całej Polsce, też jest keto), ale podkreślam, że to nie jest dieta, ale raczej sposób życia, który bardzo mi służy. Nie znoszę radykalizmu w żadnej dziedzinie życia, więc zdarzają mi się odstępstwa od tej zasady; piję wino, bo to jest dla mnie przyjemne, a kiedy jestem we Francji to zjem croissanta. Gdy mam ochotę na lody w upalny dzień, to też sobie pozwalam, w sezonie jem dużo owoców, ale mam na tyle elastyczny metabolizm, dzięki codziennej dyscyplinie, że jeśli raz na jakiś czas zrobię odstępstwo, to nie robi w moim życiu rewolucji i zdarza mi się to „raz na ruski rok”. Na codzień ważna jest właśnie dyscyplina i własną rutyna, bo paradoksalnie właśnie to daje mi poczucie wolności. Dyscyplina powoduje, że nie ulegam nastrojom, czy zachciankom, trzymam się tego, co mi służy, a po odstępstwach wracam na moją ścieżkę. Dostarczam sobie tych przyjemnych odstępstw i tyle.
Jem mięso, zawsze jadłam. Czasami robię post dr. Dąbrowskiej. Bardzo to lubię, choć ostatnio rzadziej po niego sięgam. Jem dwa razy dziennie, a często nawet raz dziennie, w systemie 6 do 8 godzin jedzenia, a 16 do 18 niejedzenia, co powoduje, że praktycznie nie jem śniadań, bo lubię kolacyjki z przyjaciółmi, które są zazwyczaj po 18.00 niestety. Na stylu jedzeniowym makro przychodzi mi to bez żadnego wysiłku. Sięgnęłam po ten styl żywienia, kiedy zmagałam się ze stresem i obniżonym nastrojem spowodowanym toksyczną relacją. Nie sądziłam, że aż taki efekt dla mózgu i samopoczucia daje makrobiotyka. Mnie postawiła na nogi.

Poranek to także prysznic, po ćwiczeniach. I tam rządzi firma cudownie pachnąca, uwielbiana przeze mnie od wielu lat. L`Occitane nigdy mi się nie nudzi. Czasami czuję, że cechuje mnie wierność markom, podobnie mam z ludźmi. Przywiązuję się. Utrzymuję relacje z ludźmi ze szkoły podstawowej, liceum i studiów, a także ze znajomymi poznanymi na początku drogi zawodowej. W kosmetykach jest podobnie.
Czasami myślę, że cechuje mnie wierność do marek, tak samo jak do ludzi. Przywiązuję się. Do dziś dnia mam przyjaciół ze szkoły podstawowej i liceum w moim rodzinnym mieście Lubinie. Utrzymuję relacje z moimi przyjaciółmi z czasów studiów i z tymi poznanymi zaraz po rozpoczęciu pracy zawodowej. W kosmetykach od lat mam ukochany migdałowy żel pod prysznic z olejkiem tej marki. Pięknie nawilża i natłuszcza skórę – można właściwie nie używać po takiej kąpieli balsamu, a rano mam zawsze deficyt czasu. Lubię zapachy produktów LOccitane, a szczególnie kocham zapachy ich peelingów. Chyba przez całe życie nie znalazłam kosmetyków pielęgnacyjnych, które pachną lepiej. Balsamów i kremów lubię używać i robię to z przyjemnością, czasem nakładam ten sam produkt na twarz i ciało, szczególnie jeśli ma lekką, wakacyjną formułę. To jest moja aromaterapia. Mój rytuał, na który staram się znajdować czas.

Mam różne kremy. Nie kupuję drogich kosmetyków pielęgnacyjnych, bo większość topowych marek używa niekorzystnych konserwantów. Doktor Dąbrowska na jednym z wykładów powiedziała, że do smarowania skóry można używać tylko takich produktów, które nadają się do zjedzenia i to dosłownie. Nie chcę nakładać na skórę tego, co może szkodzić mojemu organizmowi. Zaopatruję się w drogeriach w polskie marki, choć znów z pewnymi odstępstwami; lubię klasyk – NIVEA, takie przyzwyczajenie z dzieciństwa. Lubi go moja mama i moi synowie również, i choć dziś bardziej krytycznie patrzę na ten krem, to sentyment pozostał. Eksperymentuję przede wszystkim z dobrymi, polskimi naturalnymi markami. Ostatnio Dr. Clinic czy Uzdrovisco, które kupuję w sieciowych drogeriach. Lubię naszą Ziaję serię Sopot, kremy marki Irena Eris (szczególnie serię z retinolem), AA Oceanic kupuję dla mamy. Staram się wspierać polskie marki.

Nie rozstaję się także z produktami aptecznymi o charakterze wazelinowym i natłuszczającym, na przykład z maścią z witaminą A, którą pielęgnuję moją mamę seniorkę. Ja sama lubię używać ich wychodząc na mróz, ponieważ świetnie odżywiają skórę. Wklepuję je w całe ciało. Rzadko mam osobny produkt pod oczy, szczególnie w podróży. I nie stosuję filtrów – wiem, będę stara i pomarszczona, ale wartość witaminy D jest dla mnie ważniejsza, bo wpływa na mój nastrój i zdrowie, a zmarszczki są tak naprawdę mapą naszego życia na twarzy i mówią co już przeszłyśmy. Wolę mieć zmarszczki od uśmiechu niż smutku. Oczywiście w tropikach, czy na plaży stosuję filtry, ale też staram się spędzać jakąś niedużą chwilę bez nich, żeby „ załadować” witaminę D.
Lubię dbać o włosy. Korzystam z wizyt w saunie, by nakładać na nie odżywcze termiczne i nabłyszczające maski apteczne, np. wosk firmy WAX. Używam tego produktu z przerwami, ale od samego początku kiedy pojawił się w Polsce, a byłam wtedy w liceum 🙂

Rzadko robię make up, bo w zawodzie aktorki malujemy się w pracy. Dlatego po pracy lubię, kiedy moja skóra odpoczywa. Na co dzień używam zwykle jedynie balsamu do ust. Lubię też błyszczyki. Nie przywiązuję wagi do marek, bardziej do zapachu i konsystencji. Oczy tuszuję mascarą MAC, a brwi reguluję i przyciemniam w salonie LYCON w Elektrowni Powiśle. Nie używam rozświetlaczy, ale niedawno miałam zrobiony do sesji zdjęciowej makijaż delikatnie błyszczący, taki „glow” i efekt był świetny, jednocześnie naturalny. Myślę, by poszukać takich produktów.
Szminki lubię markowe. Mam kilka, które otrzymałam w prezencie od przyjaciółek; Dior, Armani, Channel. Używam tak rzadko, ze mam wciąż jedne i te same od kilku lat.
Z zabiegów medycyny estetycznej najlepiej służyła mi mezoterapia igłowa. Bardzo dawno jej nie robiłam, ale efekty są fajne. Nie znoszę i nie stosuję sztucznych wypełniaczy. Uważam, że niestety oszpecają kobiety, a nie upiększają.

Lubię robić manicure i pedicure przez cały rok, szczególnie kocham mieć zadbane stopy. Ostatnio odeszłam od hybrydy, która niestety zniszczyła mi paznokcie. Przestawiłam się na zwykłe lakiery, które też mogę bezpiecznie zmyć w domu, bo czasami hybryda odpryskiwała i to nie było komfortowe. Lubiłam chodzić do Paint Box Bar w Wilanowie. Latem robię odpoczynek od malowania paznokci u rąk. Zwykle jeżdżę nad Bałtyk, gdzie morska woda i słońce działają jak naturalny peeling. Po wakacjach zawsze mam wygładzoną, miękką skórę.

Kocham zapachy. Pierwsze perfumy dostałam od swojego chłopaka w czasach liceum. Były zupełnie niemarkowe, kupione na bazarze w Lubinie, ale dla mnie były wspaniałe. Pierwsze markowe zaś to był zapach „Tresor” Lancome. Lubiłam też Nino Cerutti 1918 i Calvina Kleina (w zasadzie większość zapachów tej marki – Obsession, Truth). Ostatnio, po latach, kupiłam sobie te zapachy i natychmiast przypomniały mi chwile, w których ich używałam, co wtedy czułam i gdzie byłam. Mózg wszystko pamięta. Teraz mam cudny zapach Cartier. Dostałam go 6 lat temu, na gwiazdkę od mamy mojej przyjaciół z USA. Dziś są to moje ulubione perfumy.

Bardzo lubię ten świat urody, pielęgnacji, ale stawiam na naturalność produktów, na zapach, na aromaterapię, na składniki odżywcze, bez zbędnej chemii. Staram się znajdować czas na moje ulubione rytuały. Dopełniam je raz na jakiś czas masażem tajskim, który uwielbiam, a także dobrze spędzonym czasem z moimi ukochanymi dziećmi i przyjaciółmi. Dbanie o zdrowy tryb życia wiąże się z przebywaniem w dobrym stanie umysłu, w czym pomaga wysiłek fizyczny, moja praca, kontakt z inspirującymi ludźmi, słuchanie dobrej muzyki na koncertach, życie towarzyskie, czytanie książek, teatr, samorozwój i troska o dietę. Każdego dnia dowiaduję się o jakichś nowych wynikach badań z dziedziny żywienia, zawsze mnie to interesowało, ale znów… nie podchodzę do ich wyniku z jakąś szczególną atencją. Po prostu interesuję się.

Nauczyłam się słuchać swojego ciała, bo ono najlepiej sygnalizuje mi kiedy potrzebuję wysiłku, a kiedy powinnam odpocząć, które znajomości mi służą, a których powinnam unikać. Kiedy powinnam wyjść z domu i pobyć w dobrym towarzystwie, kiedy mam pobiegać po lesie, a kiedy z kolei zostać w domu z ciepła herbatką, kocykiem i książką.
Słuchając swojego ciała i biorąc z niego naukę czuję się dobrze w swojej skórze, w stylu życia, do którego dochodziłam pokonując długą i czasami dość krętą drogę prób i błędów. Jestem otwarta na zmiany, ale też przywiązuję się do tego, co mi służy. Staram się żyć dobrze wartościowo dla siebie i innych.

