Drzewo sandałowe zawsze do mnie przemawia. To dla mnie jeden z bardziej zmysłowych zapachów świata. W wesji z bursztynem jest ciepły i otulający. W sumie wystarczyłby mi sam zapach. Ale w nowym maśle do ciała marki Mokosh jest więcej.
Inne zalety? Otóż masło to cudnie odżywia i wzmacnia barierę hydrolipidową skóry. Odpowiedzialne są za to: masło shea, kakaowe i wosk Candelilla. Dopełnienie to oleje: z krokosza barwierskiego, z orzechów macadamia, z baobabu, jojoba, arganowy, z zielonej kawy oraz ze słonecznika. Zawarte w tym „smakowitym” masełku ekstrakty z bursztynu i drzewa sandałowego regenerują i chronią, a witamina E spowalnia procesy starzenia się skóry. Efekt jest taki, że pachnę oszałamiająco, a skóra jest szczęśliwa.

Składniki tego pachnącego cuda są naprawdę świetne. Masło shea – znane od lat w kosmetyce – pozyskuje się ze świętego drzewa Shea. Kiedyś, tradycyjnie u Wybrzeża Kości Słoniowej, Mali i Sudanu owoce te mogły zbierać tylko kobiety. Zwykle robiły to w grupach. Masła shea kochała Kleopatra, a ta wiedziała co dobre. Składnikiem shea jest witamina F, czyli miks nienasyconych kwasów tłuszczowych, pięknie regenerujących skórę.
Z kolei wosk candelilla to też genialny składnik dla przesuszonej skóry. Pozyskuje się go z meksykańskiego krzewu z rodziny wilczomleczy. Wydziela on specjalny wosk, by chronić swoje liście i gałązki przed utratą wody. Dzięki niemu masło otula skórę delikatną warstwą ochronną i w ten sposób zapobiega utracie wody z naskórka. Wosk bogaty jest w estry żywiczne, wolne kwasy tłuszczowe i węglowodory nasycone.
Masło kakaowe oprócz tego, że jest głównym składnikiem czekolady, działa odmładzająco i ochronnie na skórę. Kakaowiec stosuje się w medycynie od około 3000 lat. Był ulubionym składnikiem starożytnych Majów i Azteków, którzy używali kakao jako waluty. Masło kakaowe jest naturalnie bogate w przeciwutleniacze i w nasycone kwasy tłuszczowe, stąd jego cudowne działanie na skórę.

Ekstrakt z bursztynu to z kolei naturalny antyoksydant. I ten najlepszy jest nad Bałtykiem. Skąd wzięła się ta magiczna żywica? Wyprodukowały ją rodzime drzewa iglaste w okresie trzeciorzędu. Ekstrakt z tego drogocennego materiału ma wspomniane działanie antyoksydacyjne, a także nawilżające. To dzięki zawartych w nim fenolach i kwasach.
Olej z krokosza barwierskiego zaś jest źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych i witaminy E. Krokosz oryginalnie rósł w Afryce i Azji, ale teraz uprawia się go na całym świecie.
A teraz zapach… Drzewo sandałowe rośnie w Indiach i Malezji i jest… pasożytem. Podobno jednak nie wyrządza szkody swoim żywicielom, a wręcz przeciwnie – dostarcza im składników odżywczych. Drzewo sandałowe jest szeroko stosowane do tworzenia perfum (cudownych perfum). W wyniku destylacji drzewa sandałowego powstaje olejek eteryczny o właściwościach wspomagających trawienie oraz leczenie chorób płuc. Zawiera on terpeny, aldehydy oraz ketony i alkohole, dzięki którym ma działanie odkażające i kojące. Oczywiście najważniejszy jest zapach. Kuszący i zmysłowy.
I czemu tak się rozpisałam o tym balsamie? To ciekawa historia. W moim życiu balsamy stały na półce, rzadko używane, porzucone i stracone. Nie miałam nigdy nawyku balsamowania ciała, raczej stawiałam na olejkowe emulsje do kąpieli, które (dwa w jednym) jednocześnie odżywiają skórę. Co się musiało stać, bym zaczęła ich używać? Zapach. Ten po prostu kusi tak, że chcę nim pachnieć non stop. Przy okazji odżywiając i nawilżając skórę. Dziękuję za tę aromatyczną motywację!
