Moja KRIOterapia

Powinnam urodzić się w Afryce. Jakiś przypadek rzucił mnie do tej, w sumie miłej, rodziny nad Wisłą, ale moje geny pragną gorąca… Kiedy zatem dostałam propozycję przetestowania krioterapii (od -120 do -190 stopni) tylko się ironicznie uśmiechnęłam… A jednak coś mnie skusiło.

Po pierwsze – efekty. Jak wiadomo leczenie zimnem znamy nie od dziś. Te wszystkie słowa o ujędrnieniu, gubieniu kalorii, wygładzeniu… Zrobiły swoje. Ruszyłam zatem do ultranowoczesnej kabiny do krioterapii w DNA CLINICS w Elektrowni Powiśle. Pomyślałam, raz kozie śmierć.

Do środka wchodzi się w skarpetkach i specjalnych butach (są na miejscu), ciepłych pluszowych, milutkich spodenkach i topie. Bez biżuterii. Na dłoniach mamy rękawiczki. Głowa wystaje poza kabinę. Panie kosmetolożki zalecają, by nie wdychać powietrza (czyli azotu) lecącego ze środka. Chyba dla wszystkich ciekawskich, którzy tam zaglądali, zamontowano przy kabinie kamerę. Można się oglądać podczas zabiegu i wpatrywać w rosnące cyferki temperatury… Rosnące na minusie oczywiście.

Na początek robimy test. Trwa zaledwie dwie minuty. Dla ciepłolubnych to już duże przeżycie. Ale powiem szczerze – nie jest źle. Nigdy nie wskakiwałam do zimnego jeziora po gorącej saunie, ani nie skusiłam się na morsowanie. Ale tutaj wytrzymałam spokojnie. W kabinie jest sucho, zimno nie oblepia ciała. Rękawiczki i skarpetki chronią najszybciej marznące kończyny.

Ciepłolubna autorka przekonuje się do krio…

Ok, ale jednak nie o 2 minuty w krioterapii chodzi. Wybrałam program SLIM. He he… akurat. No ale dajmy szansę. Trwa cztery minut, temperatura około -120 stopni. Po trzech minutach czuje się szczypanie w udach, ale w sumie da się przeżyć. Nawet nie chciałam uciekać. Pani, która asystuje przy zabiegu zagaduje a czas płynie szybko.

Byłam już kilka razy. Ostatnio trafiłam na panię Monikę, która zdradziła mi sekret. Otóż można w środku (nikt nie widzi) zdjąć top i w ten sposób ujędrniać piersi. Pani Monika z uśmiechem znawcy szepnęła, że ona podwija te spodenki i robi sobie „stringi”… „Pośladki ważna rzecz”, uśmiechnęła się.

Efekt po 5 wejściach? Jest. Najważniejsza jest gęstość skóry. Jest zwarta i gładka. Zauważyła to pani Magda, masażystka z sąsiadującego przez ścianę Lycona. Podczas masażu kilka razy powtórzyła zdanie o mojej niebywale gładkiej skórze. I nie był to komplement, bo pani Magda potrafi szczerze nazywać rzeczy po imieniu. Badania mówią, że jedno wejście do kabiny krio pozwala stracić około 300-400 kalorii. Jeśli dodatkowo, po wyjściu z zabiegu, pójdziemy na szybki spacer lub spędzimy pół godziny na rowerze, to wzmacnia efekt. Nie mierzyłam się w pasie, więc trudno mi ocenić, czy coś się zmieniło. Widać jednak tę zapowiadaną jędrność na samej skórze.

Kabina do krioterapii w DNA Clinics

Piękne efekty daje też krioterapia specjalnym urządzeniem na twarz. Mroźna dmuchawa chłodzi fragment skóry przez chwilę i przesuwa się w inne miejsce. Potem następuje masaż. Skóra na twarzy jest po nim rozjaśniona i błyszcząca.

I jeszcze coś. Krioterapia daje efekt „kopa energetycznego”. Wychodzi się z tego mrozu do ciepłego wnętrza, krew zaczyna krążyć jak oszalała i mamy wyrzut endorfin. Dlatego często stosuje się ją jako zabieg wspomagający w leczeniu depresji. Daje też efekt oczyszczający. Jest tu nawet zabieg „leczący kaca” i podobno cieszy się popularnością. Na krio przychodzi wielu mężczyzn. Ten zabieg jest przez nich lubiany z dwóch powodów. Po pierwsze – poprawia libido (następuje ukrwienie WSZYSTKICH narządów). Po drugie – idealnie regeneruje po treningach. Fitnesmeni, którzy chcą trenować codziennie a miewaj problemy z zakwasami – znaleźli to Eldorado.

Lato z krioterapią było fajne. Jesień może działać dołująco… Komu się zechce dodatkowo chłodzić…. Kiedy jednak ostatnio zwierzyłam się z tych przemyśleń pani kosmetolożce, która towarzyszyła mi podczas zabiegu, westchnęła: „Przeciwnie! Latem i tak zawsze jest fajnie. Jesień to czas, kiedy trzeba sobie podnieść poziom endorfin. Krio stawia do pionu w minutę, to znaczy w cztery minuty”. I to prawda. W sumie, jak człowiek wymrozi się porządnie to mu głupoty do głowy nie przychodzą… A pogoda… Wchodzisz z -120 na listopadową słotę i myślisz: „ciepło”…

Agnieszka
Agnieszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *